Rozwój czy rozbój? Inwestycje międzynarodowe w Afryce grożą wzrostem nierówności społecznych

Rozwój czy rozbój? Inwestycje międzynarodowe w Afryce grożą wzrostem nierówności społecznych

5.09.2013. Afryka przeżywa gospodarczy rozkwit. Ale hura-optymizmowi w kręgach politycznych i biznesowych towarzyszą zmartwienia milionów zwykłych ludzi oraz coraz większa nieufność działaczy społecznych, którzy boją się powtórzenia historii europejskiej i chińskiej industrializacji, czynionej kosztem społeczeństwa i środowiska.

 

Afryka przeżywa gospodarczy rozkwit. Świadczą o tym deklaracje przedsiębiorców robiących na kontynencie interesy, doniesienia prasowe, raporty i dane ekonomiczne. Jest to jeden z niewielu regionów, które uniknęły spowolnienia gospodarczego w czasie recesji, z której gospodarki wysokorozwinięte właśnie wychodzą. Ale hura-optymizmowi w kręgach politycznych i biznesowych towarzyszą zmartwienia milionów zwykłych ludzi, którym odbiera się ziemię, aby zrobić miejsce pod fabrykę lub plantację oraz coraz większa nieufność działaczy społecznych, którzy boją się powtórzenia historii europejskiej i chińskiej industrializacji, czynionej kosztem społeczeństwa i środowiska.

 

Europejski kolonializm w Afryce, niesienie kaganka postępu i cywilizacji, liberalizm handlowy, ideologia rasizmu, czy „scramble for Africa” (wyścig o Afrykę) - są to pojęcia które pojawiły się w XIX-wiecznym dyskursie publicznym w Wielkiej Brytanii mniej więcej w tym samy czasie. Wszystkie, pozornie sprzeczne, były ze sobą mocno powiązane, a nawet, w pokrętny sposób,  wynikające z siebie. W umysłach ówczesnych Europejczyków idee wolności gospodarczej wcale nie były sprzeczne z rasizmem, którego podstaw doszukiwano się w nauce.

 

Upadkowi afrykańskich kolonii towarzyszyło przekonanie, że pojęcie rasy i wynikającej z niej dominacji białego człowieka, nie może być dłużej tolerowane w dyskursie publicznym. Wojska brytyjskie, francuskie, a później również portugalskie wycofały się z Afryki, lecz interesy gospodarcze i polityczne dawnych potęg kolonialnych zostały zachowane. To, w uproszczeniu, współcześnie nazywamy neokolonializmem.

 

Pomimo wysiłków Nkrumaha w Ghanie czy Nyerere w Tanzanii, zagraniczna kontrola nad wieloma sektorami gospodarki nie uległa zmianie. Wciąż kopalnie, przetwórnie czy plantacje pozostawały w rękach Brytyjczyków czy Francuzów, choć na kontynencie zaczęli pojawiać się również Amerykanie, Rosjanie, a później Chińczycy. Również cały handel kawą z Etiopii czy kakaem z Wybrzeża Kości Słoniowej pozostaje do dziś pod kontrolą firm z siedzibami w USA, Szwajcarii czy Francji. Wydaje się, że jedyne co może wygonić zagraniczne firmy z Afryki to wojna domowa. Wtedy kopalnie i plantacje przejmują grupy zbrojne, które stają się jeszcze większym przekleństwem niż neokolonialne praktyki międzynarodowych korporacji.

 

Dziś wiele krajów afrykańskich jest już uważana za na tyle bezpieczne i stabilne, że międzynarodowy kapitał wraca na kontynent. Szczególną popularnością cieszą się inwestycje w rozwój sektora naftowego oraz kopalnie różnego rodzaju minerałów, których Afryka jest światową skarbnicą. Pojawiają się jednak coraz liczniejsze głosy, że miejscowe społeczności nie korzystają z pieniędzy trafiających do afrykańskich krajów.

 

Miejscem, które wydaje się podręcznikowym przykładem tego modelu jest Delta Nigru. Znajdują się tu jedne z najbogatszych złóż ropy naftowej na świecie, która od lat jest wydobywana przez międzynarodowe korporacje, z Shell-BP na czele. Jednak mieszkańcy tego regionu nie korzystają z bogactw leżących pod ich stopami, a środowisko naturalne jest coraz bardziej zanieczyszczone (gaz ziemny, który ulatnia się przy okazji wydobycia ropy jest uznawany tu w dużej mierze za odpad i spalany w atmosferze, co stanowi ok. 40% zużycia gazu ziemnego w Afryce, a rzeki są zanieczyszczone wyciekami z nieszczelnych ropociągów). Na działania ruchu zbrojnego, którego celem ataków coraz częściej są instalacje roponośne, rząd reaguje najczęściej zwiększeniem ich ochrony bądź represjami.

 

Brytyjskie pismo „The Guardian” (w artykule: Communities destroyed by scramble for Africa) donosi, że pod nowe inwestycje ze swojej ziemi wywłaszczani są indywidualni rolnicy oraz całe wiejskie społeczności, a praktyka korporacji przypomina tą z czasów kolonialnej dyplomacji Wielkiej Brytanii: nakłanianie do podpisywania prawnych dokumentów, których zapisy są niekorzystne dla słabszej strony, za to z żelazną konsekwencją wcielane w życie. Cytowani w artykule Afrykańczycy żalą się, żę gdy społeczności lokalne protestują i proszą rząd o pomoc, ten najczęściej przy pomocy wojska, rozwiązuje spór na korzyść korporacji.

 

Dla milionów afrykańskich rodzin jedzenie produkowane na niewielkiej rodzinnej farmie jest podstawą egzystencji, a praca zarobkowa stanowi źródło niewielkiej gotówki, za którą można kupić te mniej niezbędne do przeżycia produkty. Wywłaszczenie ich z niewielkich poletek, na których gospodarują spycha rolników w obszar biedy, z której nie są w stanie się wyrwać, nawet gdy dostaną niskopłatną pracę w miejscu pracy stworzonym przez nową inwestycję.

 

Nowy boom gospodarczy, którego społeczeństwa afrykańskie są świadkami, może się okazać korzystny dla dużych firm, elity politycznej i biznesowej, a dla społeczności lokalnych i środowiska stać się katastrofą. Czy nikt tu nie ma deja vogue?

 

Na podstawie: www.theguardian.com oraz  Nigeria's First National Communication Under the United Nations Framework Convention on Climate Change, http://www.agrhymet.ne/portailCC/images/pdf/nc1nigeria.pdf

Zdjęcie: Borys Bińkowski (opis: Ghana, suszenie kakao w niewielkim gospodarstwie rolnym)

 

Borys Bińkowski