Republika Środkowoafrykańska: W portfelu warlorda

Republika Środkowoafrykańska: W portfelu warlorda

17.05.2016. Trzeci najbiedniejszy kraj świata powoli wychodzi z kryzysu, a my przyglądamy się ile i na czym zarabiają nękający go warlordowie.

 

Religijno-etniczny konflikt w Republice Środkowoafrykańskiej zmusił do opuszczenia domów blisko jedną piątą ludności, a prawie sześćdziesiąt procent z 4,6 mln mieszkańców potrzebuje pomocy humanitarnej. Mimo pozytywnych informacji, przebiegającej w spokoju wizyty papieża w listopadzie, niedawnych wyborów prezydenckich oraz obecności dziesięciu tysięcy osób personelu ONZ’owskiej misji MINUSCA raz na jakiś czas media donoszą o mordach i atakach. RŚA czeka prawdopodobnie długa droga, nim uda sie zbudować administrację i infrastrukturę zdolną ostatecznie wyrugować liczne grupy i odłamy zaangażowanych w konflikt stron. Korzystając m.in. z raportu Kaspera Aggera z Enough Project sprawdzamy skąd bierze się najważniejsze paliwo wojny. Pieniądze.

 

Zarówno Anty-Balaka jak i Séléka (potem określana jako Ex- Séléka), dwa najważniejsze stronnictwa wojny domowej w kraju, były przede wszystkim zbiorem mniejszych ugrupowań i oddziałów, które łączyły wspólne interesy. W chaosie konfliktu nie brakowało zwykłych band, które „udawały” przynależność do którejś ze stron, czy wewnętrznych rozłamów. Małe, niezależne grupy wciąż terroryzują RŚA, a ich dowódcy – kwintesencja określenia „warlord” – wciąż walczą o utrzymanie liczących paręset ludzi armii.

 

Jako że nasze główne źródło, raport Enough Project, przedstawia sytuację z połowy roku 2015, zaś istotą tekstu jest raczej zrozumienie mechanizmów, nie zdanie aktualnej relacji pisać będziemy w czasie przeszłym, uprzedzając czytelnika, że sytuacja w Republice Środkowoafrykańskiej jest bardzo dynamiczna i zdaniem komentatorów szybko się poprawia.

 

Najpopularniejszym i najbardziej działającym na wyobraźnię źródłem dochodów warlordów są bogactwa naturalne, nie bez przyczyny tak silnie kojarzone z afrykańskimi wojnami. Złoto i diamenty. Warto zwrócić uwagę na aspekt często pomijany, a świadczący być może o pewnym przecenianiu ich roli. W RŚA sektorem tym zajmowała się głównie jedna ze stron – grupy "muzułmańskie", zrzeszone dawniej w sojuszu Séléka. Mimo dostępu do podobnych zasobów, grupy "chrześcijańskie" nigdy nie zdołały czerpać zysków z bogactw naturalnych na choćby zbliżonym do przeciwników poziomie. Przyczyną był brak odpowiedniego zaplecza personalnego. Tradycyjnie, to właśnie wyznawcy islamu w RŚA parali się tego rodzaju rzemiosłem. Łatwiej było więc muzułmańskim warlordom o specjalistów, kontakty i coś, co nazwać można swoistym know-how.

 

Najczęstszą z metod stosowanych przez dowódców dawnej Séléki było opodatkowanie patronów, czyli przedsiębiorców, którzy wynajmują kopaczy do wydobywania diamentów. Jeden z rozmówców Kaspera Aggera, twórcy Raportu, wspominał, że zatrudniając między 70 a 100 pracowników w czasie typowej pory suchej (siedem miesięcy w roku) mógł liczyć na zysk rzędu 200 000 USD. Między 8000 a 10 000 USD stanowiło udział kontrolujących teren szefów bojówek. Ich udział zależał od ilości i jakości wydobytych kamieni – zwykle wybierali je sami, przybywając na miejsce wydobycia. Zdarzało się również, by liderzy grup zbrojnych osobiście kontrolowali pracę, a niekiedy nawet aresztowali niektórych robotników patrona. Gdy podatek został pobrany (w postaci urobku) patron mógł w spokoju sprzedać kamienie. Jego klientami były głównie dwie największe środkowoafrykańskie firmy: Sodiam i Badica. Część kamieni szmuglowano przez Kamerun, DRK i Południowy Sudan, by uniknąć międzynarodowych sankcji. Rozmówca Aggera twierdził, że w rejonie Bria (jednym z dwóch najbogatszych w minerały regionie kraju) operuje co najmniej setka przedsiębiorców o podobnej skali produkcji.

 

Sytuacja w przypadku złota wyglądała podobnie. Eksperci ONZ szacowali, że opodatkowanie kopalni złota w Ndassimie (największej choć oczywiście nie jedynej) przynosiło grupom dawniej zrzeszonym w ramach Séléki około 180 000 USD rocznie.

 

Kolejnym źródłem przychodów były daniny nałożone na podróżnych, które nazwać by można „mytem”. W tym znów celowały ugrupowania związane z Séléką. Wynikało to przede wszystkim z faktu kontrolowania przez nie głównych szlaków komunikacyjnych w rejonach, gdzie obecność wojsk ONZ nie była dostateczna, by stale chronić szlaki transportowe. I tak, kraj został przecięty szeregiem blokad, a każdy kto chciał iść dalej musiał uiścić stosowną opłatę. Wahała się ona od około jednego dolara za motocykl, przez pięćdziesiąt za sztukę bydła, do nawet sześciuset za ciężarówkę z towarem lub pomocą humanitarną. Ceny te nie były stałe i nierzadko zależały od humoru ustawiających blokadę lub ich dowódców. Szacunki ONZ w 2015 roku mówiły o zyskach rzędu 1,5-2 mln USD, płynących z samego kontrolowania dróg. W kraju, gdzie AK-47 kosztuje 80 USD, granat 1 USD, a dziennie wyżywienie dla piętnastoosobowego komanda 10 USD były to pieniądze ogromne.

 

Warlordowie nie tylko na drogi nakładali „podatki”. Na pomiędzy 410 000 a 660 000 USD ustalono przychody, które zbrojne grupy uzyskiwały z opłat ściąganych z handlarzy, głównie Czadyjczyków sprzedających bydło i sudańskich kupców kawy. Prowadzenie każdego biznesu wymagało opłacania daniny, a opuszczenie lub wejście do miasta z towarem oznaczało kolejne koszty. Popularną metodą zdobywania środków – zwłaszcza wśród mniej zorganizowanych grup Anty-Balaki była zwyczajna kradzież majątków należących do cywilów. Mordowano całe stada bydła, znacznie więcej niż wymagały aktualne potrzeby, zalewając rynek szybko psującym się mięsem. Pobierano również pieniądze od całych wiosek w zamian za „protekcję”, między 600 a 1000 dolarów od osady. Znaczenie wyznania i przynależności etnicznej – ponoć głównych motorów wojny – nie miała większego znaczenia przy doborze ofiar.

 

Nie brakuje innych sposobów zdobywania pieniędzy, których raport Enough Project nie wymienia. RŚA posiada złoża ropy naftowej i uranu – są one eksploatowane, jednak w niewielkim stopniu z powodu wymagań technicznych tych przedsięwzięć. Za to obserwowanym od pewnego czasu trendem jest wzrost ataków grup bojowych na słonie. Celuje w tym operujący między innymi również w RŚA Joseph Kony – najsłynniejszy warlord świata. Polowania urządza się przy pomocy helikopterów i broni maszynowej. Działalność ta opłacalnością nie ustępuje wydobyciu minerałów. Kilogram kości słoniowej – materiału szczególnie popularnego w Chinach – kosztuje na czarnym rynku nawet 6 000 USD, zaś z jednego osobnika można liczyć na 120 kilogramów drogocennego materiału. Bezpośredni dostawca rzadko jednak zarabia więcej niż 80 USD na kilogramie.

 

Przytoczone sumy nabierają właściwego kontekstu, gdy przypomni się, że dochód narodowy per capita w RŚA wynosi ok. 600 USD.

 

Jak rozprowadzano „zarobki”? Zdecydowaną większość zagarniali przywódcy. Szeregowi żołnierze na ogół nie dostawali wiele ponad broń i żywność konieczną im do przetrwania. Niektórzy narzekali nawet, że jadają jedynie raz dziennie. Klimat konfliktu w RŚA sprawiał jednak, że bardziej niż głodowania pod dowództwem swojego komendanta, ludzie bali się odłożenia broni i zemsty drugiej strony po powrocie do domów. Ten ostatni opis wciąż jest aktualny. Mimo postępujących procesów pojednania, wiele grup nadal działa. Prawdopodobnie właśnie dlatego: dowódcy pragną się bogacić, a zwykli żołnierze nie potrafią uwierzyć w dobrą wolę drugiej strony i nadejście pokoju.

 

Siły rządu i ONZ za cel uznały wypchnięcie grup zbrojnych z dających im finansowanie kopalni. Na myśl nasuwa się jednak pewna oczywista zależność i jej konsekwencje. Warlordowie Republiki Srodkowoafrykańskiej niemal w równym stopniu co na zasobach naturalnych bogacili się na żerowaniu na mieszkańcach kraju. Im słabsze wpływy, organizacja i zaplecze oddziałów, tym bardziej prymitywne i bezmyślne metody ich działania. Pozbawieni kontroli nad surowcami naturalnymi, szlakami komunikacji i handlu komendanci zbrojnych grup będą żerować przede wszystkim na najsłabszych.

 

W marcu 2016 roku Ester Gutiérrez, koordynatorka Lekarzy bez granic w jednej z prowincji RŚA opisywała trudności, z jakimi spotykają się jej ludzie, próbując nieść pomoc. Wystarczy jedna plotka albo widok samochodów w oddali, by całe wsie wyludniały się nagle, a mieszkańcy uciekali do lasów. Legenda Warlordów trwa.

 

Na podstawie: enoughproject.org; voanews.com; europe.newsweek.com; msf.org; cfr.org; un.org; minusca.unmissions.org

Zdjęcie za:commons wikimedia.org

 

Tadeusz Michrowski