Komentarz: Szczyt USA-Afryka

Komentarz: Szczyt USA-Afryka

14.08.2014. W dniach 4-6 sierpnia br. liderzy 45 państw afrykańskich stawili się w Waszyngtonie na pierwszym w historii szczycie USA-Afryka. Stany Zjednoczone wyraźnie zmieniły kurs wobec państw kontynentu, przynajmniej w retoryce. Dyskusję zdominowały biznes i handel, a licznie reprezentowany sektor prywatny ogłosił plany zainwestowania w Afryce 14 mld USD.

 

Delegacje jedynie czterech krajów nie doczekały się zaproszenia – Zimbabwe, rządzone przez skazanego na infamię przez Zachód Roberta Mugabe, Sudan, którego prezydent, Omar al-Bashir, jest poszukiwany listem gończym przez MTK, Erytrea oskarżana o łamanie praw człowieka i obłożona sankcjami przez ONZ oraz Republika Środkowoafrykańska, która również na mocy sankcji, tyle że Unii Afrykańskiej, musi poczekać na rozpisanie demokratycznych wyborów. 

 

Szczyt dość niefortunnie nakłada się na wiele równoległych wydarzeń na świecie (Gaza, Ukraina, Ebola), z tego też powodu media nie poświęciły mu większej (współmiernej do rangi wydarzenia?) uwagi, i może właśnie dlatego wypada uzupełnić tę lukę i podzielić się kilkoma spostrzeżeniami na temat przebiegu i konkluzji spotkania.

 

Szczyt stanowił niewątpliwie wydarzenie bez precedensu. Wcześniejsze spotkania z liderami państw afrykańskich miały zdecydowanie inny, często wręcz karykaturalny charakter, na co swego czasu zwracali uwagę bloggerzy z „Africa is a country”.

 

„To jak spotkanie z Beyonce, z tą różnicą, że nazywasz to wizytą państwową” – pisał kiedyś Elliot Ross, punktując bezwzględnie administrację amerykańską za sposób organizacji spotkań z liderami afrykańskimi. Po pierwsze, rzadko jest to spotkanie jeden na jeden; afrykańskie głowy państwa zaprasza się „hurtowo” - po trzech, czterech. Można zapytać czy prezydent Senegalu nie jest warty osobnych 30 minut prezydenta USA i jakby się czuł prezydent Polski, gdyby jedyną sposobnością na uściśnięcie ręki Obamy i zdjęcie z pierwszą damą było spotkanie w towarzystwie prezydenta Litwy, Łotwy i Ukrainy. Po drugie, na co również słusznie zwraca uwagę Ross, relacje z takich spotkań są prezentowane często tak, jakby afrykańscy liderzy „nie potrafili mówić” - przemawia jedynie prezydent amerykański, podczas gdy pozostali liderzy zachowują zastanawiające milczenie.

 

Mimo iż tym razem organizacja szczytu wyglądała zupełnie inaczej, wielu komentatorów nazwało go mocno „spóźnionym”, choć jednocześnie niesłychanie potrzebnym; ogólnie w analizach dominowała narracja „lepiej późno niż wcale”. Wszystko to z uwagi na gwałtownie zmieniającą się sytuację gospodarczą w Afryce w ostatnich latach oraz rosnące zainteresowanie ze strony państw tzw. Globalnego Południa, takich jak Chiny czy Indie, które zawstydzają zachodnich partnerów Afryki swoimi zabiegami dyplomatycznymi i skalą zaangażowania finansowego. Czerwone dywany są rozwijane w Pekinie przed afrykańskimi liderami regularnie (po raz pierwszy dla 48 głów państw w roku 2006); chińsko-afrykańska wymiana handlowa kwitnie w najlepsze (jest obecnie dwukrotnie większa niż handel z USA), a pomoc i inwestycje płyną na kontynent szerokim strumieniem. Na tym tle wysiłki administracji amerykańskiej wyglądały do tej pory blado, co wywoływało falę krytyki ze strony ekspertów oraz naukowców zajmujących się na co dzień Afryką. Szczególnie zaskakująca okazała się postawa administracji Obamy, która wobec Afryki przyjęła politykę minimalizmu, a trzeba pamiętać, że to właśnie w ostatnich latach kontynent przeżywa swój gospodarczy renesans. 

 

Pojawiały się również inne określenia – „punkt zwrotny”, „reorientacja”, „zmiana jakościowa”. Pewne z tych określeń były formułowane z pewnością trochę na wyrost, jednak niewątpliwie sierpniowy szczyt okazał się w wielu aspektach bezprecedensowy, a tematy na nim podejmowane wyraźnie pokazały, że Stany Zjednoczone chcą odejść od tradycyjnych stosunków opartych na pomocy, walce z ubóstwem i wspieraniu rozwoju w stronę aktywniejszego promowania biznesu - zacieśniania więzi handlowych i zwiększania inwestycji amerykańskich na kontynencie. Świadczyło o tym choćby wprowadzenie do programu obrad spotkań z przedstawicielami sektora prywatnego, w tym największych amerykańskich firm zaliczanych do Fortune 500, z którymi afrykańscy liderzy mieli okazję rozmawiać między innymi przy okazji wystawnego lunchu. Można śmiało powiedzieć, że był to najmocniejszy punkt całego wydarzenia. Z przemówienia Obamy wynika, że firmy prywatne zobowiązały się zainwestować na kontynencie 14 mld USD – jest to kwota, którą trudno zweryfikować i podporządkować poszczególnych firmom, ale niemniej kwota ważna. Charakterystyczne jest, iż ten element, tzn. wymierne zobowiązania, tradycyjnie pojawia się na szczytach Afryka-Chiny. Po uwzględnieniu innych obietnic, planowane inwestycje w Afryce, zarówno te o charakterze prywatnym jak i publicznym, zapowiedziano na 37 mld USD.   

 

Organizacje pozarządowe zwracały uwagę na zepchnięcie na drugi plan kwestii praw człowieka, demokratyzacji, dobrego rządzenia, a także konfliktów i problemu korupcji, które wciąż stanowią istotną część krajobrazu politycznego w wielu zaproszonych państwach. Wprawdzie wiele z tych zarzutów ma mocne podstawy, Stany Zjednoczone, dążące do ożywienia stosunków gospodarczych z Afryką, wyraźnie zmieniły sposób myślenia - jedni nazywają to pragmatyzmem, inni cynizmem, a jeszcze inni hipokryzją lub stosowaniem podwójnych standardów. Jak bowiem wytłumaczyć, można zapytać, obecność na liście zaproszonych prezydenta Salvy Kiira z Sudanu Południowego, który ponosi dużą część winy za toczącą się w jego kraju wojnę domową czy prezydenta Gwinei Równikowej, Teodoro Obiang Nguema, sprawującego autorytarne i kleptokratyczne rządy w tym niewielkim petropaństwie u wybrzeży Atlantyku.

 

Pewne wydaje się, że wobec nowych układu sił na globalnej szachownicy i możliwości, jakie oferuje dzisiaj kontynent afrykański, administracja amerykańska postanowiła zmienić front i postawić na biznes i inwestycje, jako nową siłę napędową stosunków z Afryką. Udało się uniknąć dotychczas stałych elementów we wzajemnych relacjach, czyli paternalizmu, pouczania i prawienia kazań na temat dobrego rządzenia i pułapek chińskiego modelu rozwoju (patrz na przykład ostatnia wizyta Hillary Clinton w Afryce). Udało się również uniknąć przesycenia tematami ważnymi, choć nie priorytetowymi z punktu widzenia ożywienia relacji z Afryką, jak na przykład Young African Leaders Initiative, która stała się ostatnio oczkiem w głowie Amerykanów, lecz przez ekspertów jest oceniana raczej w kategoriach polityki gestów. Czas pokaże, na ile entuzjazm wykreowany na szczycie przełoży się na konkretne projekty biznesowe i konkretne przedsięwzięcia z udziałem administracji USA.

 

Zdjęcie: Wikimedia Commons

 

Dominik Kopiński