Ghana: radosne rozruchy

Ghana: radosne rozruchy

17.12.2012. Ghana właśnie przeszła przez połączone wybory prezydenckie i parlamentarne. W prezydenckich liczyli się tylko dwaj kandydaci: John Mahama, który sprawował urząd prezydencki po zmarłym Johnie Atta Millsie, oraz Nana Akufo-Addo, kandydat opozycyjnej NPP. W wyborach parlamentarnych także liczyły się tylko te dwie siły. Obie partie miały duże i podobne poparcie, nie wiadomo było kto wygra, bo sondaże przedwyborcze nie były zbyt dokładne.

 

Obserwując wybory trudno się pozbyć wrażenia, że taki czy inny wybór ma daleko mniejsze znaczenie niż sam fakt, że wybory się odbywają spokojnie, a kampania wyborcza była wolna. Spoty telewizyjne, plakaty, a nawet wypowiedzi większości polityków (tak zwycięskich, jak przegranych) koncentrują się bardzo często na nawoływaniu do spokoju. Te wybory spełniają wszystkie niezbędne warunki wolnej elekcji w krajach demokratycznych. Wszędzie wiszą plakaty różnych partii, nikt ich nie zrywa, nawet z miejsc, w których jeden kandydat ma zdecydowaną przewagę nad innym.

 

W piątek, w dniu wyborów od wczesnego ranka przed punktami wyborczymi, tak w miastach jak i na wsi, ustawiały się kolejki chętnych do głosowania. Urny rozlokowane były na szkolnych boiskach, przed posterunkami policji, bądź w innych miejscach, najczęściej w cieniu rozłożystych drzew. Porządku strzegli ochroniarze bądź policjanci. Wszystko przebiegało w całkowitym spokoju, choć lekkie napięcie wisiało w powietrzu, a osoby zatrudnione w lokalach wyborczych były nerwowe za każdym razem gdy próbowałem zrobić zdjęcie. Nie po raz pierwszy zauważam, że demokracja tak, ale transparentność musi jeszcze poczekać.

 

Głosowanie trwało bardzo wolno, dlatego że Ghana zdecydowała się wprowadzić kosztowny system, gdzie specjalne czytniki sprawdzały kształt linii papilarnych, a dodatkowo odcisk palca trzeba zostawić na karcie, będącej do dyspozycji komisji.

 

Rano widziałem, jak głosuje wieś, później obserwowałem głosowanie w Kumasi. Na ulicach spokój, ruch mniejszy niż w niedzielę. Niektóre drogi zamieniły się w chodniki, bo zostały pozamykane dla ruchu kołowego, krążą uzbrojone patrole wojskowe. Przyjemnie przejść się środkiem ulicy, gdzie w inne dni niepodzielnie rządzą trąbiące i nadjeżdżające ze wszystkich kierunków taksówki. Poza tym nic się nie dzieje. Taki spokój, wolność i demokrację nie często można obserwować w Afryce w czasie wyborów.

 

Wieczorem, po zakończeniu głosowania, zaczęły spływać wyniki, które były podawane przez radio. Każdy okręg wyborczy (w wiosce, w której mieszkałem, a która liczyła ok 2 tys. mieszkańców, były dwa okręgi) podawana była ilość głosów oddanych na poszczególne partie. Na początku pomyślałem, że to przesadna nadgorliwość, ale z drugiej strony wpływało to na odpowiedzialność komisji wyborczych oraz komisji centralnej przed obywatelami. Każdy mógł sprawdzić, czy to co zostało podane przez radio zgadza się z tym co podała jego komisja wyborcza. Każdy mógł sobie w domu przysiąść, spisać wyniki w całym kraju i podsumować. Co prawda nie słyszałem ani nie widziałem, żeby ktoś to to robił, ale możliwość pozostała.

 

W sobotę liczenie trwało, wyglądało na to, że przewagę zyskuje NDC i Mahama. Mój przyjaciel, który głosował na NPP zrezygnowany mówił nawet, że teraz wszystko już jest przesądzone. Jednak w niedzielę, gdy wracałem z maleńkiej wioski do miejscowości Ofinso, położonej w regionie Ashanti, twierdzy NPP, gruchnęła wiadomość, że jednak wygrała partia opozycyjna i Akufo-Addo. Ludzie zaczęli tańczyć i śpiewać, a po drogach otaczających plac, z którego odjeżdżały minibusy, zaczęły jeździć trąbiące samochody z flagami NPP.

 

Tym większe było moje zmieszanie, gdy powróciłem do Kumasi następnego dnia i obserwowałem małą, spontaniczną demonstrację zwolenników NPP, którzy wykrzykiwali hasła wyborcze swojej partii, przeplatane okrzykami "złodzieje". To "złodzieje" kierowane było do NDC, która jak się okazało wg oficjalnych informacji, uzyskała większość 52% miejsc w parlamencie i stanowisko prezydenta dla Johna Mahamy.

 

Wieczorem, w miasteczku Mankrangso obserwowałem fiestę zwolenników NDC. Nikt im nie przeszkadzał, choć większość mieszkańców miejscowości należała do głosujących na drugą partię. Fiesta została przerwana przez wieczorną burzę z piorunami, pierwszą od dwóch tygodni mojego pobytu tutaj. Z kolei następnego dnia widziałem fiestę przegranej NPP. Tu, w przeciwieństwie do niektórych krajów Afryki, ludzie, zamiast chwytać za maczety, tańczą.

 

Charakterystyczne dla dyskursu politycznego w Ghanie jest to, że po tym zamieszaniu z liczeniem głosów pozostaje niesmak, a mimo to wszyscy, zaczynając od zwykłych wyborców, a kończąc na politykach obu partii nawołują do spokoju i pokoju. Zwolennicy różnych partii spotykają się na ulicy i wykrzykują z uśmiechami na twarzy hasła wyborcze machając sobie przed oczami flagami partyjnymi. Politycy, którzy spotkali się w porannym studiu telewizyjnym, opowiadając dowcipy razem się z nich śmieją. Gdy jeden mówi, drugi mu nie przeszkadza. A gdy drugi chce założyć koszulkę z partyjnymi barwami, ten pierwszy mu w tym pomaga. Po tym co mówią, trudno zorientować się, który jest z której partii.

 

Podział na zwolenników różnych partii przebiega tu regionalnie, co jest chyba ostatnią pozostałością podziałów etnicznych w kraju. Na NDC i Mahamę głosowała północ i wschód (ze wschodniego regionu Volta pochodzi założyciel partii, Jerry Rowlins). Duże znaczenie miało tu pochodzenie głównego kandydata. NPP najwięcej zwolenników miała w dwóch centralnych regionach, zamieszkanych głownie przez ludność posługującą się językiem Akan. Kosmopolityczna Akra była bardziej podzielona oraz południe wokół Cape Coast.

 

Mimo niedociągnięć tych wyborów, Ghana, a przede wszystkim jej mieszkańcy, po raz kolejny może być przykładem dla innych afrykańskich krajów. Niektóre kraje europejskie też mogłyby brać z niej przykład.

 

Borys Bińkowski