Afryka-Polska: Europejski Kongres Gospodarczy w Katowicach - jakie wnioski?

Afryka-Polska: Europejski Kongres Gospodarczy w Katowicach - jakie wnioski?

24.04.2015. „Już po raz trzeci w Katowicach odbyło się forum współpracy gospodarczej Afryka-Europa Środkowa, na którym debatowano nad stanem i przyszłością relacji polsko-afrykańskich. Podobnie jak w poprzednich latach, dyskusje były utrzymane w niezwykle entuzjastycznej i życzliwej atmosferze”.

 

„Przedstawiciele państw afrykańskich jeden za drugim gorąco zachęcali polski biznes do inwestowania na kontynencie. Polskie firmy zaś chwaliły się swoimi afrykańskimi sukcesami oraz namawiały do współpracy z Afryką”… W takim tonie mógłby zostać utrzymany niniejszy komentarz. Dla odmiany jednak, pokusimy się o bardziej subiektywną (i selektywną) analizę tego co się w Katowicach wydarzyło oraz co być może wydarzyć się powinno.     

 

„Budowanie relacji gospodarczych z państwami pozaeuropejskimi, w szczególności z Afryką, to także jeden z priorytetów polskiej dyplomacji” – mówiła niedawno Katarzyna Kacperczyk, Podsekretarz stanu w MSZ. Wiele wskazuje jednak na to, że mimo całej ofensywy piarowskiej rządu Afryka nie jest traktowana serio. Gdyby tak było, na szczycie pojawiłaby się choć jedna osoba w randze ministra, a tak mieliśmy jedynie wspomnianą Panią Kacperczyk, oraz Ilonę Antoniszyn-Klik, Podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki. Obie Panie wypadły relatywnie dobrze i godnie reprezentowały swój urząd, ale nie o to tutaj chodzi. W relacjach z państwami afrykańskimi ważny a wręcz nieodzowny jest polityczny symbolizm. Rozumieją to doskonale Chiny, które wszystkim oficjalnym wizytom w Afryce nadają najwyższą dyplomatyczną rangę. Także na szczytach (np. FOCAC), rząd chiński jest zazwyczaj reprezentowany przez prezydenta lub premiera (a nie np. wyłącznie wicepremiera), a czasem nawet jednego i drugiego. Kto tego nie zrozumie, nigdy nie znajdzie w państwach afrykańskich prawdziwych partnerów.

 

Dziwi to tym bardziej, że na szczycie mieliśmy wielu afrykańskich ministrów, a nawet szefową Komisji Unii Afrykańskiej, Nikosazanę Clarice Dlamini-Zumę, z 16 osobową obstawą. Wprawdzie w programie widniało początkowo nazwisko Wicepremiera Janusza Piechocińskiego, ale szybko okazało się, że zostanie on zastąpiony przez Podsekretarza. Podobną rejteradą wykazał się PAIIZ, który najpierw oddelegował do obrad swoją wiceszefową, Panią Annę Polak-Kocińska, aby w ostatnim momencie zamienić ją na koordynatora Go Africa, Pana Bartłomieja Lewandowskiego. Takie decyzje mogą się wydawać technicznymi szczegółami, ale w Afryce nie są. Jak na ironię, kwestia ta była poruszona podczas jednego z paneli. David Valente, szef Expandglobe, przestrzegał polskie firmy przed wysyłaniem do Afryki osób niemających mocy decyzyjnej i nie stojących na samym szczycie struktury organizacyjnej. Jest to po pierwsze niepoważne, po drugie oznacza brak szacunku, po trzecie zaś jest stratą czasu. Jedynie szef firmy będzie traktowany poważnie przez afrykańskich partnerów i może doprowadzić do zawarcia kontraktu. 

 

Inna refleksja dotyczy skali. Zwracał na to uwagę w doskonałym przemówieniu Robert Zduńczyk, zauważając, że w relacjach z Afryką potrzeba przełomu. Tymczasem, zamiast przełomu przez ostatnie trzy lata mieliśmy raczej pełzającą politykę uzupełnioną o szereg gestów. I faktycznie, wszyscy zainteresowani chwalą się, że handel z Afryką rośnie. „Obroty handlowe między Polską a państwami Afryki w ciągu dwóch lat wzrosły o około 25 proc” - podała Polska Agencja Informacji i Inwestycji Zagranicznych, która podsumowała niedawno swój program "Go Africa". Podstawowym miernikiem sukcesu wydaje się być jednak liczba misji gospodarczych i rozpoznawczych, których liczba z roku na rok, jak czytamy, również stale rośnie. Jednocześnie pamiętać należy, że oficjalnym celem "Go Africa" jest zwiększenie całkowitej wymiany handlowej między Polską a Afryką z 1 do 3 proc. Można zapytać skąd trzy, dlaczego trzy a nie pięć czy dziesięć, czy z trzema procentami wymiany z Afryką, jeśli w ogóle uda się taką wartość osiągnąć, naprawdę będzie można mówić o istotnej zmianie w kierunkach naszego eksportu czy o nowym otwarciu? Oczywistym jest, że „skala” chińska pozostaje poza naszym zasięgiem i posługiwanie się przykładem Chin nie ma najmniejszego sensu. Kilkakrotnie za to przywołano przykład Turcji, której ekspansja gospodarcza i polityczna w Afryce pokazuje, że nawet w wśród krajów średniej wielkości można działać z rozmachem. Jeszcze w 2009 r. na kontynencie Turcja miała jedynie 12 ambasad, dzisiaj w Afryce jest 35 tureckich placówek dyplomatycznych. Dla przypomnienia, Polska po „skasowaniu” placówek przez ministra Sikorskiego w 2008 r. ma w Afryce Subsaharyjskiej raptem 5 ambasad; pojawiła się przynajmniej nadzieja, że reaktywowana zostanie w najbliższym czasie placówka w Senegalu.   

 

Jeszcze inna refleksja dotyczy polskich firm, których nazwy przewijają się w trakcie niemal wszystkich debat o Afryce organizowanych w naszym kraju i które mają pokazywać, że relacje polsko-afrykańskie jak nie kwitną, to przynajmniej mają się coraz lepiej. Kontrakty KI, Ursusa, Lubawy czy Asseco w Afryce powinny być jednak rozpatrywane raczej w kategoriach jednostkowych sukcesów, a nie systematycznego i zorganizowanego działania inicjowanego i wspieranego przez rząd w ramach programów czy strategii. Firmy te, prawdopodobnie z wyjątkiem Ursusa, którego prezes Karol Zarajczyk często podkreśla rolę Ambasadora Jacka Jankowskiego, zawdzięczają sukcesy wyłącznie sobie i swoim kontaktom, a nie państwowym urzędnikom. Wydaje się zatem, że Polsce bliższy jest model hinduski, gdzie to biznes wytycza kierunki współpracy, a rząd za nim podąża, niż model chiński, gdzie rząd odgrywa zasadniczą rolę w kształtowaniu decyzji i strategii biznesowych firm chińskich. Pytanie czy przy takim podejściu jest szansa na zbudowanie rzeczywistego partnerstwa z Afryką?  

 

Podsumowując, rację miał Robert Zduńczyk mówiąc, że spotykając się co roku w Katowicach zawsze znajdziemy dowody na coraz większe zaangażowanie w Afryce – więcej misji, więcej kontraktów, więcej kongresów i udziału w targach; handel wzrośnie o X procent a inwestycje o Y. Tymczasem, w naszym partnerstwie z Afryką najbardziej brakuje strategii i długofalowej wizji, która pozwoliłaby odpowiedzieć na pytanie, w jakim miejscu będziemy za kilka lat i z jakimi statystykami. Wiadomo, że cele numeryczne nie są nikomu na rękę, bo mogą stanowić podstawę do rozliczania z obietnic. Ale jeśli Afrykę traktujemy poważnie, a powinniśmy, to musi powstać oficjalna strategia rządowa zawierająca skwantyfikowane cele naszego Go Africa. Co więcej, ostatnie wydarzenia na Morzu Śródziemnym powinny nam ostatecznie uświadomić, że nie można rzeczywistości afrykańskiej rozparcelowywać wedle uznania i korzyści, a partnerstwo z Afryką trzeba budować na wielu poziomach jednocześnie, od handlu i inwestycji, przez pomoc rozwojową i humanitarną, aż po politykę migracyjną i programy stypendialne. Tylko wtedy będzie można mówić o prawdziwym partnerstwie polsko-afrykańskim.   

 

Dominik Kopiński