Afryka: industrializacja jedyną receptą na trwały wzrost w Afryce

Afryka: industrializacja jedyną receptą na trwały wzrost w Afryce

20.07.2015. Wielokrotnie na blogu PCSA pisaliśmy o zjawisku „Africa rising” i wielokrotnie przestrzegaliśmy przed nadmiernym entuzjazmem jeśli chodzi o projekcje makroekonomiczne dla kontynentu i poszczególnych krajów. Swój kamyczek do ogródka pesymistów lub raczej sceptyków dorzucił Dani Rodrik, obecnie jeden z najlepszych ekonomistów zajmujących się rozwojem. Twierdzi on, że dopóki Afryka nie przyspieszy industrializacji wzrost gospodarczy będzie trudny do utrzymania. 

 

Rodrik w prestiżowym wykładzie Richard H. Sabot Lecture nie neguje osiągnięć gospodarczych, jakie Afryka zanotowała w ostatnim czasie. W porównaniu do lat 80. i 90., kiedy państwa afrykańskie przeżywały prawdziwe załamanie gospodarcze, a ich gospodarki były w stanie chronicznej recesji, okres ostatnich kilkunastu lat, liczony od 2000 r. daje powody do optymizmu i może sugerować, że region wszedł na ścieżkę ożywienia. Wprawdzie wzrost, który w minionym okresie średnio wynosił 3% nie jest tak spektakularny jak kiedyś w przypadku azjatyckich tygrysów, ale już na przykład wygląda lepiej niż w Ameryce Łacińskiej, gdzie również doszło do poprawy otoczenia makroekonomicznego i instytucjonalnego. Rodrik zwraca uwagę, że nie chodzi jedynie o wzrost inwestycji w sensie wydatków w stosunku do PKB, ale również o wydajność. Wskaźnik TFP mierzący produktywność całkowitą rośnie po raz pierwszy od lat 70.      

 

Jednak Rodrik szybko studzi entuzjazm tych, którzy mówią o renesansie gospodarczym Afryki. Przytacza on dane Banku Światowego, z których wynika, że o ile należy z radością przywitać wzrost PKB na kontynencie, wciąż wiele krajów, takich jak Republika Środkowoafrykańska, Demokratyczna Republika Konga, Niger, Liberia, Wybrzeże Kości Słowniowej, Liberia, Zambia, Zimbabwe czy Senegal, jest biedniejsza niż na początku lat 60.

 

Źródłem kłopotów dla państw afrykańskich może okazać się w najbliższych latach chińska gospodarka. W dużym stopniu determinuje ona kondycję gospodarczą wielu afrykańskich państw z uwagi na import surowców i napływ inwestycji zagranicznych. Również ostatnia korekta na giełdzie papierów wartościowych w Szanghaju i spadki, jakie ta pociągnęła na rynkach surowcowych, dała przedsmak tego, co może czekać Afrykę, jeśli w Chinach dojdzie do pęknięcia bańki spekulacyjnej.

 

Zdaniem Rodrika kontynent afrykański nie do końca zapracował sobie na obecne stopy wzrostu. Większość państw jest beneficjentem korzystnych zmian w otoczeniu globalnym, takich jak utrzymujące się przez wiele lat, wysokie ceny surowców (za czym stoją głównie Chiny) czy niskie stopy procentowe, które popchnęły inwestorów do poszukiwania wyższych stóp zwrotu w krajach rozwijających się i gospodarkach wschodzących, w tym w Afryce. Dodatkowym, korzystnym zbiegiem okoliczności było również to, że gospodarki afrykańskie są i były słabo zintegrowane z globalnym systemem finansowym, dlatego w większości wyszyły z ostatniego kryzysu finansowego suchą stopą. Co będzie, gdy Chiny na dobre zwolnią, stopy procentowe na świecie odbiją się od dna, a ceny surowców spadną? W takim scenariuszu Rodrik niestety widzi przyszłość gospodarek afrykańskich w nieciekawych kolorach.

 

Rodrik jako wytrawny ekonomista nie bagatelizuje pewnych istotnych zmian, nazywanych przez niego fundamentami wzrostu, jakie udało się w Afryce wprowadzić w dziedzinie rozwoju instytucjonalnego, stabilizacji politycznej, governance czy demokratyzacji. Szkopuł w tym, że nie ma dowodów na to, aby tego typu zmiany miały istotny wpływ na tempo wzrostu gospodarczego. Owszem, mogą przyczyniać się one do większej stabilizacji gospodarczej i wzmocnić odporność gospodarki na wszelkie kryzysy, ale nie koniecznie prowadzić do ożywienia gospodarczego w rozumieniu wzrostu. Jak pisze Rodrik, jest to część większego problemu – ekonomiści stosunkowo dobrze orientują się w tym, czego należy unikać, żeby ustrzec się przed katastrofą gospodarczą, ale nie do końca wiedzą, co konkretnie zrobić aby osiągnąć gospodarczy cud. Ponadto, o ile związek pomiędzy jakością instytucji a rozwojem gospodarczym jest zasadniczo udowodniony w długim okresie, o tyle brakuje dowodów na to, by poprawa w zakresie otoczenia instytucjonalnego oddziaływała na gospodarkę w okresie krótkim i średnim. Rodrik przytacza przykład krajów Ameryki Łacińskiej, które osiągnęły istotne postępy w wymiarze instytucjonalnym, jednak nie przełożyło się to na stopy wzrostu, podczas gdy kraje takie jak Chiny (obecnie) czy Korea Płd. (do końca lat 90.) mimo poważnych defektów instytucjonalnych (korupcja, czy niebezpieczne związki państwa z biznesem), są niekwestionowanym przykładem sukcesu gospodarczego. Podobne wątpliwości istnieją odnośnie wpływu demokracji na wzrost i rozwój gospodarczy – związek ten owszem istnieje, ale z badań ekonometrycznych wynika, że jest on relatywnie słaby. Innymi słowy demokracja, o ile pewnie jest wartością samą w sobie, nie gwarantuje, że kraj będzie się szybciej rozwijał (np. zdaniem ekonomistów Acemoglu, Naidu, Restrepo i Robinsona, pełna demokratyzacja może podnieść PKB o 20% po upływie 30 lat, czyli ok. 0,6% rocznie, przy czym jest to efekt tymczasowy i zanika wraz z upływem czasu). Podsumowując, zdaniem Rodrika, kraje afrykańskie nie powinny pokładać większych nadziei jeśli chodzi o wzrost w przemianach instytucjonalnych i ustrojowych.

 

A zatem co może trwale wpłynąć na wzrost w Afryce jeśli nie instytucje i dobre rządzenie? Rodrik odpowiada, że taką moc ma jedynie industrializacja i przemysł. Nowoczesny przemysł wytwórczy jako jedyny z sektorów gospodarki potrafi osiągnąć efekt konwergencji (zbliżyć się pod względem wydajności do lepszych), bez względu na uwarunkowania geograficzne, bariery instytucjonalne czy politykę. Co więcej, konwergencja ma miejsce nawet pod nieobecność czynników, które wcześniej nazwaliśmy „fundamentami wzrostu”. Niestety w tym obszarze Afryka się cofa, a przynajmniej nie posuwa znacząco do przodu. Poziom industrializacji na kontynencie jest niższy niż w latach 70. Odsetek osób pracujących w przemyśle wynosi obecnie 8%, a przemysł stanowi ok 10% PKB, czyli o 5 punktów procentowych mniej niż w 1975 r. Owszem w innych sektorach nastąpiły zmiany. Rolnictwo stało się bardziej wydajne i pozwoliło na przejście pewnej części mieszkańców wsi do miast, ale zamiast stanowić bazę dla przemysłu, zasilili oni sektor usługi, który zdaniem Rodrika jest mało wydajny (niewiele bardziej wydajny niż tradycyjne rolnictwo) i sektor nieformalny. Jeszcze gorsze wnioski płyną z analizy struktury przemysłu afrykańskiego. Otóż okazuje się, że większość aktywności przemysłowej jest udziałem niewielkich firm z sektora nieformalnego, które nie są specjalnie wydajne (teoria konwergencji odnosi się do nowoczesnych firm działających w sektorze formalnym; co więcej z badań wynika, że firmy nieformalne stanowią balast dla wydajności w gospodarce). Przykładowo w Etiopii i Senegalu odsetek osób pracujących w przemyśle w firmach zarejestrowanych stanowi zaledwie 6% (tj. 94% pracowników sektora jest zatrudniona w szarej strefie).

 

Na szczęście Rodrik formułuje propozycje dla Afryki na przełamanie tego impasu i przyspieszenie industrializacji w Afryce, która jak zauważyliśmy wcześniej, jest dla wielu ekonomistów kluczem do sukcesu. Jeśli ktoś ma ochotę dowiedzieć się, co to takiego, zapraszamy do lektury.     

 

Zdjęcie: Sleek Garments Industry in Ghana 

 

Dominik Kopiński