Afryka: wyższe podatki jako sposób na lepsze rządy na kontynencie

Afryka: wyższe podatki jako sposób na lepsze rządy na kontynencie

27.02.2015. „No taxation, no representation” – brzmi stara zasada w naukach politycznych. Bez podatków, nie ma reprezentacji, a tym samym prawdziwej demokracji. Kierując się taką logiką droga do pełniejszej demokracji i lepszych rządów w Afryce może prowadzić przez wyższe podatki.

 

Nakładając podatki państwo tworzy swoisty kontrakt fiskalny ze swoimi obywatelami. Obywatele płacą na rzecz państwa daninę, a w zamian otrzymują dobra publiczne, takie jak obrona narodowa, policja, oświata czy służba zdrowia. Istnienie podatków daje również asumpt do mniej lub bardziej skutecznego rozliczania państwa (poszczególnych rządów) z wykonania takiego kontraktu. Jeśli obywatele czują się rozczarowani działaniami rządu (lub ich brakiem) w ramach systemu demokratycznego mogą mu w kolejnych wyborach pokazać czerwoną kartkę i odwołać. Uzależnione od podatków państwa są zmuszone do swoistego „targowania się” z obywatelami, którzy je współfinansują oraz domagają się od państwa określonych koncesji politycznych oraz instytucji demokratycznych.

 

Niestety w wielu państwach afrykańskich kontrakt fiskalny w takim rozumieniu nie istnieje albo jest bardzo słaby. Dotyczy to zwłaszcza państw surowcowych, które czerpią dochody ze sprzedaży minerałów, ropy i gazu (renta surowcowa), tym samym nie czują tak dużej potrzeby sięgania do kieszeni własnych obywateli. Jest to dodatkowo wygodny sposób mobilizowania renty, ponieważ ziemia (i wszystko co się pod nią kryje) jest niemobilnym czynnikiem produkcji, w przeciwieństwie do ludzi czy kapitału, który przygnieciony zbyt dużymi podatkami może po prostu uciec - przed fiskusem i/lub za granicę.

 

Po drugie, w ten sposób państwo nie musi aż tak bardzo martwić się problemem obywateli rozczarowanych z jakości rządów i dóbr publicznych, które normalnie w ramach kontraktu zobowiązuje się dostarczać. W końcu nie płacą podatków lub partycypują w budżecie państwa jedynie na poziomie minimum, zatem i ich polityczne zaangażowanie (oraz oburzenie na słabe rządy) jest odpowiednio niskie. Podobny mechanizm i konsekwencje dotyczą także pomocy rozwojowej, która w wielu państwach afrykańskich stanowi bardzo istotny komponent budżetu narodowego, wypierając często wpływy podatkowe.    

 

W efekcie wpływy podatkowe w stosunku do PKB w Afryce są na znacznie niższym poziomie niż w krajach wysoko rozwiniętych. O ile w krajach OECD wpływy podatkowe stanowią przeciętnie jedną trzecią PKB, w krajach afrykańskich jest to zaledwie 20% PKB. Część różnicy pochodzi z przekazów pomocowych, które w niektórych państwach (np. Liberia) dochodzą do 36% PKB. Kombinacja niskich podatków i wysokich poziomów pomocy rozwojowej oznacza niestety nienajlepszy scenariusz rozwojowy dla Afryki. Jakie jest zatem rozwiązanie?    

 

W tym kontekście ciekawe są badania Lucy Martin z Uniwersytetu Yale, która wychodzi z założenia sformułowanego na gruncie ekonomii behawioralnej, że ludzie charakteryzują się szczególną „awersją do straty”, co oznacza, że znacznie większą wagę nadają utracie dochodu (lub odzyskaniu straty) niż dodatkowemu dochodowi. Innymi słowy, bardziej boli ich spadek dochodu w postaci wyższych podatków niż cieszy wzrost dochodu z tytułu pomocy. Jakie wnioski płyną z badań Martin? Skoro, jak mówi teoria awersji do straty, sprzeniewierzone środki publiczne mobilizowane z podatków wywołują u obywateli większy gniew niż ukradziona przez polityków pomoc rozwojowa, rozwiązaniem wielu problemów mogą być po prostu wyższe podatki. Wyższe podatki bowiem zmniejszają tolerancję obywateli dla korupcji i słabych rządów, zwiększają zaś „popyt” obywateli na kontrolę władz oraz ich zaangażowanie obywatelskie.

 

Takie argumenty teoretyczne można poprzeć konkretnymi przykładami. Prowadząc badania w Ugandzie Martin relacjonuje konflikt, jaki wywiązał się pomiędzy lokalnymi sprzedawcami a władzami. Lokalni sprzedawcy, którzy odprowadzają określoną opłatę na rzecz miasta (jest to jedno z ostatnich źródeł podatków lokalnych) wpadli we wściekłość, kiedy w 2012 r. miasto zaprzestało usuwania nieczystości, w wyniku czego na targowiskach zaczęły zalegać stosy gnijących warzyw. Jak łatwo się domyśleć, nie przysparzało to im nowych klientów, a i starzy zaczęli omijać miejsce z daleka. Sprzedawcy zorganizowali protest, twierdząc że ich podatki nie są dobrze wydawane oraz wyrzucili tony cuchnących odpadków przed siedzibę władz miasta, grożąc że to samo zrobią przed domami radnych. W niedługim czasie miasto zaczęło ponownie wywozić nieczystości.      

   

Dla kontrastu, w tym samym roku w Ugandzie wybuchł skandal korupcyjny z pomocą rozwojową w tle. Okazało się, że 20 mln USD pomocy przekazanej rządowi przez donatorów po prostu rozpłynęło się w powietrzu, a raczej na rachunku biura premiera rządu. W ciągu kolejnych 2 miesięcy aż 8 donatorów, w tym UE oraz Bank Światowy, zawiesiły łącznie 300 mln USD dalszej pomocy, co stanowiło w przybliżeniu 7% dochodów w założeniach budżetowych na lata 2012-2013. Co ciekawe jednak, mimo że temat skandalu długo nie schodził z pierwszych stron gazet i wywołał spore zamieszanie w mediach, nie wywołał on masowych protestów ani szczególnego niezadowolenia wśród Ugandyjczyków czy nasilonego zaangażowania politycznego w tej kwestii. I choć kilku urzędników zostało aresztowanych, rządząca partia NRM wyszła ze skandalu praktycznie suchą stopą.      

 

Dominik Kopiński